Budzę się, ale wokół mnie wciąż panuje ciemność. Nie czuję nic oprócz okropnego bólu całych pleców. Nie potrafię poruszyć nawet palcami obydwóch rąk. Jest mi zimno, jakbym przebywała w chłodni. Przerażająca myśl o tym, że prawdopodobnie leżę w kostnicy wstrzymuje mój oddech. Do oczu napływają mi łzy, a głowa zaczyna kłóć tak samo jak plecy.
-Obudziła się?
Męski głos zagłusza moje myśli. Modlę się, aby mówił o mnie, ale przecież nie pytałby się o takie rzeczy w kostnicy. Serce ponownie bije w normalnym tempie, a ja otwieram oczy, ale wciąż widzę czerń. Paraliżuje mnie strach. Oddycham płytko i nierówno. Słyszę kroki w moją stronę, a następnie ktoś przykłada coś zimnego do mojej szyi. Odchylam szyję, czekając, aż dreszcze znikną.
-Żyje, jest przytomna oraz przerażona.
-Gdzie jestem…?
Jestem aż tak przerażona, że ruszam tylko ustami. Proszę, niech zauważą, że staram się coś powiedzieć… Ktoś dotyka moich kości policzkowych i ściąga czarną chustkę z moich oczu. Mrugam szybko, chcąc przyzwyczaić się do jasnego światła.
-Przepraszam, już to odsuwam…
Światło znika, a oczy od razu przystosowują się do jasności panującej w pokoju. Obracam głowę. Jestem prawdopodobnie w składziku, ale większym, niż składziki powinny być.
-Jak się czujesz?
Niski mężczyzna w kitlu uśmiecha się do mnie, a ja odwzajemniam uśmiech. Każdy milimetr ciała boli niemiłosiernie, ale staram się to zignorować.
-Boli mnie wszystko, doktorze. Jak się tu znalazłam?
-Samolot, którym leciałaś do Paryża rozbił się, a Ty szczęśliwie wyleciałaś przez dziurę i wylądowałaś na jednym z największych budynków kraju. Gdyby nie to, nie zobaczyłabyś już świata żywych.
Ostatnie słowa przyprawiają mnie o drgawki. Staram się jednak skupić na małej koziej bródce lekarza. Podnoszę głowę, jeszcze raz analizując słowa doktora i zastanawiając się, po co leciałam do Paryża.
-Coś nie tak? –Pyta zmartwiony.
-W jakim celu leciałam do Paryża? -Powoli wymawiam każde słowo, jakbym bała się, że doktor mnie nie dosłyszał.
On jedynie mruży oczy, a na jego czole pojawiają trzy zmarszczki. Przygryzam wargę. Powiedziałam coś nie tak?
-Nie wiesz?
-Powinnam wiedzieć?
-Zadam Ci kilka pytań, w porządku?
Kiwam głową, ale wiem, że to był błąd. Bolesne ukłucie w karku rzuca moją głowę o poduszkę. Czekam ze zniecierpliwieniem na pytania.
-Jak się nazywasz?
Otwieram usta, ale nic nie mówię. W głowie czuję pustkę. To uczucie nie jest przyjemne, denerwujące, jakby ktoś wymazał to z moich myśli. Powinnam to wiedzieć, to podstawa życia ludzi – rozpoznają siebie nawzajem dzięki nazwiskom, nadają je sobie od razu po narodzeniu. Tak samo jak nadaje się psu imię, aby pokazać, że zależy nam, by był nasz. Mrugam kilka razy, starając się przeszukać każdą szafkę w mojej głowie, ale wszystkie są puste. Głowa boli mnie, a do oczu napływają mi łzy. Wciąż mam otwarte usta, a wzrokiem krążę po suficie, jakby tam była odpowiedź na pytanie.
-Nie, nie mam zielonego pojęcia, doktorze. –Szepczę, a po policzku leci łza.
środa, 4 marca 2015
Roza #7
wtorek, 24 lutego 2015
Roza #6
-Jeszcze jeden kieliszek szampana, proszę pani? –Pyta Stewardesa, pochylając się nade mną.
-Nie. –Kręcę głową i macham na nią, aby ode mnie odeszła.
Kobieta z elegancko upiętymi włosami uśmiecha się i kiwa głową, podchodząc do Juliana. On uśmiecha się szeroko jak pies, który zobaczył ogromną kość. Lokaj jest trochę za stary na kobietę, ale ona chyba nie zwraca na to uwagi, bo śmieje się razem z nim. Następnie prostuje się i idzie do innego przedziału.
-Nie za młoda na flirtowanie z nią? -Pytam Juliana, ale on mnie ignoruje.
Zabieram z tacy, którą jedna z kobiet przyniosła mi wcześniej, orzeszka. Rzucam go w lokaja, a ten dostaje nim w odsłonięty kark. Mężczyzna śmieje się i wyciąga go spod koszuli.
-Nie, w sam raz dla mnie. Wolę młodsze. -Parska, a ja mu wtóruję.
-Twoja była żona raczej nie miałaby nic przeciwko temu, jak sądzisz? -Uśmiecham się.
Trafiłam w czuły punkt. Julian odwraca się ode mnie i spogląda w okno samolotu. Również przez nie zerkam. Zaczął padać śnieg, więc budnki pod nami stały się białą łąką. Nad nami wiszą czarne chmury. Krzywię się, to nie wygląda dobrze.
-Julianie, czy te chmury nie wydają ci się przerażające? –Pytam z wahaniem w głosie.
-Też o tym myślałem, Rozalio. Nie martw się, za godzinę lądujemy w Paryżu.
Lokaj uśmiecha się krzepiąco i wstaje, a następnie kuca przy moim siedzeniu i ściska moją dłoń. Jego ręka jest przyjemnie ciepła oraz śliska od potu. Nie tylko ja tu się martwię. Uśmiecham się łagodnie, aby nie wyglądał na takiego zestresowanego. Julian jest dla mnie jak ojciec. Mój prawdziwy nie był dla mnie tak wyrozumiały, ponieważ był zbyt wymagający.
-No, a teraz pomyśl jakie pozy będziesz pokazywała na sesji.
-Dobrze...
Julian puszcza moja dłoń i siada z powrotem na siedzenie. Spoglądam przez okno na chmury. Wiatr wieje coraz mocniej, aż w końcu widać jedynie biel. Zaczynam się trząść, to nie wróży nic dobrego. Obracam się do lokaja. On również to zauważył, bo patrzy na mnie przerażony.
-Rozalio...
Nagły podmuch wiatru przygniata mnie do siedzenia. Zasłaniam dłońmi twarz. Śnieg wydaje się być małymi igiełkami, które atakują moje ręce.
-Julianie! -Krzyczę, ale wiem, że nie przekrzyczę huku.
Do głowy wracają wszystkie wspomnienia - matki, która pozostawiła mnie i ojca, gdy szłam do podstawówki; taty, który przez całe moje życie kreował mnie na arogancką modelkę; Juliana, który był dla mnie troskliwy i dobry; Aurela, do którego nic nie czuję, a mimo to przespałam się z nim; Ariany, mojej młodszej siostry, która była ulubienicą ojca. Wszyscy migają mi przed oczami jak światła awaryjne w aucie. Do oczu napływają mi łzy. Mrożący krew w żyłach krzyk oddala się, a ja czuję jak podmuch lodowatego powietrza wyrzuca mnie z samolotu. Lecę, ale nie widzę jak daleko jestem od ziemi. Czuję, jak całym ciałem uderzam o ziemię. Śnieg powinien zamortyzować upadek, ale czuję jedynie ogromną falę bólu. Powietrze wylatuje z moich płuc, świszcząc piskliwie. Widzę biel, a gdzieniegdzie szarość, a nawet czerń. W pewnym momencie widzę jak czerwień zasłania całe niebo, a następnie głuchy huk dociera do moich uszu. Kłeby czarnego dymu zasłaniają niebo, a po chwili wszystko rozmazuje mi się i tonę w ciemnościach. Bez bólu, bez wspomnień. Samotna.
czwartek, 19 lutego 2015
Roza #5
-I jak? -Pyta uśmiechnięty.
Wzdycham głośno, uśmiechając się najszerzej jak potrafię.
-Świetnie.
Chłopak całuje mnie długo, przyjemnie. Nie spodziewałam się, że jest aż taki dobry. Nie spaliśmy całą noc, zakłucając ciszę nocną. Przeciągam się i zerkam na niego. On w odpowiedzi tuli mnie i daje buziaka w policzek. Leżymy tak przytuleni, ale już o 10 dzwoni mój budzik.
-Muszę iść. Jutro mam sesję w Paryżu.
Siadam na łóżku, a następnie wstaję i ubieram się. Zmuszam się, aby być miłą dla niego, ale to trudne.
-Polecę z tobą.
-Nie. -Przerywam mu od razu. -Nie dostaniesz wstępu na teren hali.
Kłamstwo. Gdybym chciała, potrafiłabym załatwić stuosobową widownię. Słyszę jak wzdycha, a następnie również wstaje z łóżka. Jego ciało jest wspaniałe - jest dobrze zbudowany oraz opalony. Nawet jego męskość jest oszałamiająca.
-Dasz mi swój numer?
Słyszę błaganie w głosie.
-Trzeba zasłużyć. -Zerkam na niego mimowolnie. Nie potrafię się oprzeć temu ciału.
-Więc cała noc jest niewystarczająca?
Jego uśmiech jest powalający. Wiem, że objąłby mnie w pasie, gdyby nie łóżko, które jest między nami. Jednak Aurel nie przestaje się uśmiechać, jakby oczekiwał reakcji. Śnieżnobiały uśmiech prawie mnie oślepia. Za dużo o nim myślę. Muszę stąd iść. Wyciągam z torebki, która leży przy łóżku marker i na jego lewej ręce zapisuję numer do Juliana.
-Dzwoń dziś równo o 19. Jeżeli nie zadzwonisz - zmienię numer.
Jego twarz blednie, a ja bez słowa obracam się i wychodzę z pokoju hotelowego.
-Skąd mam mieć pewność, że to na pewno twój numer?! -Woła, gdy drzwi windy otwierają z głośnym dźwiękiem.
-Przekonasz się. Punkt 19! -Odkrzykuję, gdy drzwi zamykają się, a ja zjeżdżam do holu. Jest on zapełniony ludźmi w kurtkach oraz w czapkach, którzy z niedowierzaniem obserwują jak idę do wyjścia. Moja obecność bardziej ich pewnie zdziwiła niż fakt, że jestem w samej sukience.
-Ta awantura wczoraj to...
-Moja sprawka. Zwnolnili go? -Pytam Juliana, gdy jestem już w aucie.
Kierowca jedynie wzrusza ramionami i rusza sprzed hotelu. Jedziemy w ciszy, póki nie przypominam sobie o Aureliuszu.
-Daj mi twój telefon.
Julian nie odzywa się, a tylko podaje mi swoją "cegłę". Chowam ją do torebki i jedziemy na lotnisko.
-Dostanę ubrania, prawda? Zimno mi. -Skarżę się.
-Poinformowano mnie, że otrzymasz nowe spodnie i koszulę od znanego projektanta oraz drogą bieliznę, która będzie idealnie na ciebie pasować. Kurtkę otrzymasz w samolocie jako prezent od tajemniczego wielbiciela. Już była sprawdzana, więc to nie żaden podstęp.
Słucham go, a w międzyczasie obserwuję mały płatek śniegu, który wylądował na szybie obok mnie. Ma idealne kształty i prawie wcale się nie roztapia. Przed oczami staje mi Aurel od razu po przebudzeniu. Kręcę głową, aby wyrzucić go z głowy.
-Jesteśmy na miejscu. -Informuje mnie Julian. -Lotnisko w Santa Monica.
wtorek, 27 stycznia 2015
Roza #4
Mrugam kilkakrotnie. Wciąż jestem wykończona, ale ból głowy nie doskwiera mi aż tak bardzo, jak chwilę temu. Siadam, opierając się na łokciach. W pokoju panuje tak kompletna ciemność, że nie widzę różnicy, gdy mrugam. Czuję, że leżę pod kołdrą jedynie w majtkach, a zimny powiew z otwartych okien łagodnie głaska moje nagie ramiona i szyję. Kładę rękę na karku i rozmasowuję go. Boli. Wzdycham głośno.
-Już nie śpisz?
Nagły rozbłysk światła oślepia mnie, więc zasłaniam oczy ramieniem. Zakrywam dekolt poduszką.
-Jak znalazłam się w łóżku bez sukienki?
-Zemdlałaś i wtedy spanikowałem. Położyłem cię do łóżka, zgasiłem światło i dopiero wtedy rozebrałem. Przyrzekam. –Aureliusz kładzie prawą dłoń na piersi oraz unosi dwa palce lewej.
Odkładam rękę, ale oczy wciąż pieką mnie odrobinę. Rozglądam się po pokoju, w którym panuje porządek, a pod oknem leży śnieg. Mrużę oczy, dziś nie miało padać.
-Która godzina? –Pytam, nie odwracając wzroku od płatków śniegu, które wlatują przez dwa, lekko uchylone okna.
-Za kilka minut druga.
Obracam głowę w jego stronę, zastanawiając się, na co mi się przyda. Chyba mu się to nie podoba, bo cały staje się czerwony i odwraca głowę. Jest nawet przystojny. Prosty, trochę przyduży nos, zadbane, czarne włosy, pełne usta oraz błękitne oczy, które od czasu do czasu zerkają na mnie niepewnie, jakby upewniały się, czy nie odwróciłam już wzroku. Lustruję go od stóp do głowy i z powrotem. Ma zwykłe jeansy oraz jasną koszulę. Mimo ubrania widać, że jest dobrze zbudowany. Jego twarz jest czarująca, a uśmiech wręcz olśniewający. Wynajął mój pokój, co znaczy, że ma kasę przy sobie. Przyglądam się bardziej jego palcom, ale nie zauważam pierścionka. Jest wolny. Przyda mi się jako ładny dodatek. Uśmiecham się jak najlepiej potrafię i wstaję z łóżka, zakrywając się kołdrą. Nie spodziewał się. Cofa się o krok, ale jestem już zbyt blisko, aby zrezygnować.
-Źle zaczęliśmy. Aureliusz, mam rację?
Zdezorientowany chłopak rozgląda się po pokoju. Daję mu trochę czasu, aby mógł poukładać myśli.
-Rozalia. Byłam przemęczona, prawdopodobnie wydałam ci się arogancka? Przykro mi za to.
Chyba złapał haczyk, ponieważ pochyla się nade mną, jednak nie całuje mnie. Jeszcze nie. Zsuwam kołdrę z ramion, wciąż zakrywając resztę ciała.
-Dlaczego wcześniej wyrzuciłaś mnie z pokoju?
Nie jest zadowolony z tego faktu, ale uśmiecham się przepraszająco i zerkam na okno.
-Długa historia, ale ten pokój należy do mnie.
Pora na test numer jeden. Udaję, że mi zimno. Trzęsę się i przygryzam wargę, ponownie spoglądam w stronę okna.
-Zimno ci? –Wygląda na zaskoczonego.
Kiwam głową, uśmiechając się do niego. Nawet nie muszę nic mówić, a już jest pod oknami i je zamyka. Na balkonie za nimi utworzyła się już sporych rozmiarów kupka śniegu. Gdy chłopak jest już przy mnie, podnosi mnie i niesie do łóżka, pochylając się nade mną.
-Dziękuję.
Daję mu buziaka w policzek. Oczekiwał go, nie był zaskoczony. Test pierwszy zaliczony. Czas na drugi, pychę i chciwość.
-Może ja już pójdę, w końcu to ty wynająłeś ten pokój.
-Nie, nie, nie. Zostań, możemy go dzielić.
-Na pewno? –Robię minę niewiniątka. Haczyk połknięty, przyczepił się do zwierzyny.
-Tak. –Uśmiecha się.
Test zaliczony. Czas na ostatnią próbę – nieczystość.
piątek, 23 stycznia 2015
Roza #3
Cicha muzyczka w windzie ponownie przyprawia mnie o mdłości. Brązowe ściany windy, na której widnieje ogromne lustro uspokaja mnie. Spoglądam w nie, poprawiając włosy i sukienkę. Czerwień idealnie pasuje do moich zielonych oczu. Materiał jest śliski, ale mimo to delikatnie otula moją talię i piersi. Pod oczami widać ślady po nie przespanych nocach. Mimo tony makijażu nie udało się tego ukryć. Winda zatrzymuje się na czwartym piętrze. Wychodzę z niej i skręcam w lewo, kierując się prosto do pokoju 114. Pukam do drzwi, ale nikt nie otwiera. Dopiero za drugim podejściem drzwi otwierają się do wewnątrz. Młody mężczyzna dostaje w nos pięścią. Jego opalona skóra robi się czerwona w okolicach nosa i policzków.
-Mam nadzieję, że to było zarezerwowane dla drzwi... -Wzdycha, pocierając obolałe miejsce.
-Daję ci dziesięć minut, abyś opuścił ten pokój.
-Jestem Aureliusz. Mi ciebie też miło poznać.
Popycham go i wchodzę do pokoju, aby określić jego stan. Firanki są pozasłaniane, łóżko w kompletnym nieładzie, a na podłodze leżą bokserki.
-Chlew. -Stwierdzam z obrzydzeniem.
Mężczyzna staje przede mną i przygryza wargę, mrużąc troche oczy. Stoi tak chwilę, a następnie zaczyna układać pościel.
-Gdyby nie to, że jesteś śliczna, zadzwoniłbym po ochronę.
Ignoruję go. Odsłaniam zasłony, a pokój zalewa pomarańcz zachodu. W odpowiedzi słyszę ciche westchnięcie.
-Jak się nazywasz?
-Nie zadaję się z kimś, kto mnie nie zna.
-Więc poznajmy się.
Jego śnieżnobiały uśmiech sprawia, że mam ochotę go pocałować. Powstrzymuję się jednak. Serce w moim przypadku nie będzie decydować o moim życiu.
-Nazywam się Rozalia Rain.
-Ta fotomodelka?
Kiwam głową i zerkam na łóżko. Czuję się jakby ktoś młotem mechanicznym rozsadzał moją czaszkę, a nogi tracą czucie. Kawa przestała działać, muszę iść spać.
-Co ty wyprawiasz?!
Chłopak stoi jedynie w miejscu, niedowierzając temu, co widzi. Jego rzeczy lądują kolejno na korytarzu. Gdy wszystko leży już przed drzwiami, wskazuję mu grzecznie drzwi i z ironicznym uśmieszkiem kiwam głową.
-Wynocha.
Aurel nawet nie rusza palcem, jedynie z otwartą buzią patrzy na swoje rzeczy. Czuję się, jakby w mojej głowie setka osób tańczyła cancana, a oczy zaczynają mnie niemiłosiernie piec.
-Nie słyszysz mnie?
Wciąż zero reakcji. Zamykam oczy i wzdycham ciężko. Nie wytrzymam już długo. Gdy otwieram oczy leżę w łóżku, a za oknem panuje noc.
wtorek, 13 stycznia 2015
Roza #2
-Przykro nam, nie ma już wolnych pokoi. Najbliższy wolny termin to... -Wystukuje coś na klawiaturze komputera. -Wrzesień, rok 2016. Może pani pozostawić u nas pani numer, zadzwonimy, jeżeli ktoś zrezygnuje z rezerwacji.
Patrzę na niego bez zainteresowania. Jak widać ten nowicjusz mnie nie zna.
-Jakiś problem?
Dyrektor hotelu podchodzi do nas i zerka to na mnie, to na recepcjonistę. Ma na sobie elegancki garnitur z krawatem, który jest tego samego koloru, co moja sukienka.
-Nie, dyrektorze.
Widać, że ma on do niego respekt, a wręcz boi się go. I słusznie.
-Pokój 114? -Pytam, nie odwracając oczu od recepcjonisty.
Nowy pstryka kilka razy myszką, a potem kręci głową.
-Kto go dostał? -Dopytuję.
-Przykro mi, to poufna informacja...
Chłopak zerka niepewnie na dyrektora, jakby oczekiwał od niego podpowiedzi. Ten jednak patrzy na mnie, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi.
-To mój pokój! -Krzyczę oburzona.
W hotelu zapada cisza. Obracam się w miejscu i krokiem prosto z wybiegu idę do windy. Czuję na sobie wzrok co najmniej połowy osób w holu. Wypinam lekko piersi i podnoszę podbródek. Słyszę wokół siebie różne szepty - od podnieconych moją obecnością, aż do oburzonych moją reakcją. Powinni czuć się zaszczyceni, że mają okazję zobaczyć mnie na żywo. Dochodzę energicznym krokiem do windy i naciskam przycisk. Kładę na prawym biodrze rękę i czekam aż będę mogła pojechać na czwarte piętro.
-Uspokój się trochę. Nie chcę wzbudzać w hotelu sensacji.
-Nie zrozumiałeś mnie.
Obracam się szybko w miejscu. Mimo zmęczenia i podenerwowania udaje mi się utrzymać równowagę. Moje włosy opadają na lewe ramie, ale nie zamierzam ich zrzucać na plecy. Uśmiecham się, lekko przymykając oczy, tworząc minę typu "zamknij się, plebsie, rozmawiasz z królową".
-Zamierzam wzbudzić sensację. Zamierzam również wyrzucić na zbity pysk tego idiote, który oddał komuś mój pokój. Masz dopilnować, aby ta osoba została zwolniona, inaczej pożegnasz się ze stanowiskiem dyrektora.
Drzwi windy otwierają się z głośnym piknięciem. Wchodzę do niej i przez ramię zerkam na mężczyznę. Ściska wargi tak samo, jak robi to Julian, ale kiwa głową, starając się uśmiechnąć. Zanim jednak drzwi się zamykają widzę, jak dyrektor obraca się i idzie z zaciśniętymi pięściami do recepcji. Uśmiecham się triumfalnie. Czuję jak adrenalina krąży w moich żyłach, a podniecenie i żądza władzy wykręca przyjemnie mój żołądek. Zapominam o zmęczeniu i gniewie. Nikt mi się nie sprzeciwi.
wtorek, 6 stycznia 2015
Roza #1
Posłusznie unoszę je nad głowę. Rozchylam również lekko usta i prężę ciało.
-Ślicznie. Bosko!
W dużej sali słychać jedynie echo migawki aparatu. Nikt nie odważy odezwać się, gdy pozuję do zdjęć w przepięknej czerwonej sukience. Gdy fotograf kończy i ściąga aparat z niskiego statywu, wzdycham zmęczona, a następnie ziewam. Nie spałam od kilku dni, żyjąc na pięciu kubkach kawy dziennie. Opuszczam bezwiednie ręce znad głowy i rozciągam się. Moje stawy strzelają głośno, przerywając głuchą ciszę. Dzisiaj to ostatnia sesja – idę do domu.
-Może pani w ramach podziękowań od fotografa zostawić tą sukienkę. –Mówi blondynka, która jest o pół głowy ode mnie niższa.
Kiwam głową i kieruję się do wyjścia. Ochroniarze podbiegają do mnie i odprowadzają mnie do czarnego BMW, które należy do mnie.
-Jak minęła sesja?
Starszy mężczyzna otwiera mi drzwi do samochodu. Wsiadam do niego i czekam z odpowiedzią, aż wsiądzie za kierownicę.
-A jak sądzisz, Julianie?
Mruczy chwilę pod nosem, spoglądając na mnie w lusterku.
-Na pewno nie przyjemnie, czyli mniej więcej jak zawsze. Oddali ci tą sukienkę? –Unosi prawą brew.
-Dziwi cię to?
-Raczej tak, ponieważ ta sukienka będzie do kupienia dopiero za miesiąc, a i tak nie będzie tania.
-Możemy już ruszać? –Pytam trochę podenerwowana.
Julian nie odpowiada, a jedynie zapala silnik i powoli rusza spod hali. Opieram głowę o tylne siedzenie i zamykam oczy.
-Do hotelu czy prosto do domu?
-Hotel. –Oświadczam bez zastanowienia.
Wsłuchuję się w spokojną piosenkę, która leci w radiu. Za niedługo święta – wszyscy uwielbiają o tej porze roku słuchać słodkich piosenek o miłości, dobroci i szczęściu. Mnie jedynie przyprawiają o mdłości. Przygryzam jednak wargę i czekam, aż dojedziemy pod jeden z największych hoteli w mieście. Czuję jak lokaj powoli zwalnia. Otwieram oczy i obserwuję wymianę zdań między kierowcą a mężczyzną, który odwiezie moje auto na hotelowy parking. Julian podaje mu kluczyki i wychodzi z samochodu. Czekam bez ruchu aż otworzy mi on moje drzwi.
-Jesteśmy na miejscu. –Oświadcza z uśmiechem.
-Jakbym jeszcze nie zauważyła… -Mruczę pod nosem.
Nie zwracam uwagi na jego wargi, które są teraz prostą kreską. Nie lubi, gdy mu pyskuję. Wyskakuję z siedzenia i staję na mokrym chodniku.
-Padało?
Zerkam na niebo. Nie widzę na nim ani jednej chmurki.
-Kilka godzin temu.
Wzruszam ramionami i idę do hotelu. Jakim cudem nie zwróciłam uwagi na mokry parking za halą, gdy byłam po sesji? Zakrywam usta, ziewając cicho. Jestem zbyt zmęczona, aby teraz się nad tym zastanawiać.