środa, 1 lipca 2015

Roza #13

-Aureliuszu Krzysztofie Bleimie! Czyś ty oszalał?!
Niska blondynka rzuca w Aurela plastikowym kubeczkiem. Stoimy w kuchni, nikt jak na razie nie pytał mnie o nic, z nikim nie rozmawiałam. Opieram się o zamknięte drzwi i obserwuję, jak domownicy gonią się wokół stół. 
-Uspokój się, Abigail.
Dziewczyna jest młodsza od Aurela może o pięć lat. Jej braciszek zdenerwowany zerka na mnie, jakby upewniał się, że wciąż tu stoję. Uśmiecham się, gdy słyszę dziwne warknięcie Abigail.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś, że masz dziewczynę!
-Narzeczoną. -Poprawiam ją.
Jej oczy robią się wielkości piłeczki ping-pongowej. Zerka nerwowo to na mnie to na Aurela, a następnie sięga do szafki obok jej głowy i rzuca go kolejnym kubkiem, trochę mniejszym od poprzedniego.
-To nie tak, że...
Drzwi za mną otwierają się, a ja upadam plecami na stojącą za mną osobę. Mężczyzna z łatwością mnie podtrzymuje, a ja jak najszybciej staję na własnych nogach.
-Aurel, musimy pogadać.
Basowy głos przyprawia mnie o dreszcze. Opuszczam głowę, aby ukryć rumieńce.
-Teraz ja go męczę! -Sprzeciwia się Abigail.
Aurel ignoruje siostrę i idzie w moją stronę. Dziewczyna oburzona odprowadza go wzrokiem, a następnie prycha głośno i wychodzi z kuchni innymi drzwiami. Dopiero teraz je zauważam. Są zwykłe, ale cięższe niż te, o które się opierałam, bo gdy Abigail je zatrzaskuje, cały stół, który jest przytwierdzony do podłogi, zaczyna się trząść.
-Chodźmy. -Rozkazuje nieznajomy.
-Dobrze. -Kiwa głową. - Możesz iść do sypialni, przyjdę tam po ciebie. -Zwraca się do mnie.
-Chętnie dołączę się do rozmowy. -Uśmiecham się.
-Chce z nim porozma...
-Jestem narzeczoną, tak? Prędzej czy później by mi to przekazał.
-Za bardzo wykorzystujesz fakt, że jesteśmy w narzeczeństwie. -Aurel warczy mi do ucha.
Opieram się o narzeczonego, spoglądając kątem oka na mężczyznę. Jest umięśniony, wysoki i tak samo przystojny, jak Aureliusz. Ma bardzo podobne rysy twarzy do niego, ma ten sam sztuczny uśmiech.
-Idź chociaż do salonu. -Rozkazuje Aureliusz.
Prycham. Narzeczony chwyta mnie za nadgarstek i wyprowadza mnie z kuchni jak szmacianą lalkę.
-Nie sprzeciwiaj mi się przed moim bratem. -Warczy cicho, prosto w moją twarz.
-Mógłby być nawet królem! -Podnoszę ton.
Narzeczony rzuca mną na kanapę i wychodzi z salonu. Telewizor cicho pobrzmiewa przede mną, ale mimo tego nie słychać rozmowy braci. Postanawiam to zignorować i sięgam po pilota. Jest ich prawie sześć na stole, ale wzięłam największy i najcięższy, przypuszczając, że to ten właściwy. Przyciskam klawisz pogłaśniający. Uśmiecham się dumnie, gdy dźwięk telewizora wzrasta. Słucham wiadomości, które nie są warte uwagi. Trochę polityki, trochę problemów, a nawet informacja o światowym dniu kotów. Sięgam po pilot, aby wyłączyć telewizor.
-Kilka dni temu, w jednej z większych dzielnic Paryża, rozbił się samolot Santa Monica's Airplane. Ponad 50 ofiar śmiertelnych, tylko 2 osoby przeżyły. Jedną z nich jest światowej sławy modelka, Rozalia Rain. Policja oraz prasa szukają aktualnego miejsca pobytu gwiazdy, od kiedy wypisała się ze szpitala świętej Anny. Świadkowie mówią, że za uprowadzenie odpowiada aktor, Aureliusz Bleim. Para była ostatnio widziana na lotnisku Orly Sud.
Wpatruję się w ekran z otwartą buzią, nie dowierzając amatorskiemu zdjęciu Aureliusza i mnie na lotnisku. Czuję, jak kręci mi się w głowie, mam ochotę spoliczkować tego kłamce. Jak mogłam być aż tak głupia i mu uwierzyć? Wstaję z kanapy i idę do kuchni. Niech posmakuje cenę swoich kłamstw.

wtorek, 30 czerwca 2015

Roza #12

Dawno mnie nie było, lecz postaram się to zmienić : Wakacje itp <3 Powoli koniec serii Roza, zaczęłam już fanfiction Igrzysk Śmierci. Zachęciłam was? Mam taką nadzieję! 

-Taxi!
Aurel macha na żółto-czarny samochód, który właśnie wyjechał zza rogu. Nie zatrzymuje się. Aureliusz warczy wściekle i kręci głową. To już piąta taksówka, która nie zatrzymała się na nasze wołanie. 
-To niewiarygodne! -Krzyczy.
Ignoruję go. Rozglądam się jedynie w poszukiwanie kolejnego samochodu.
-Nie stać cię na własny samochód?
-Stać, ale... Eh... Jest w warsztacie. Nie spodziewałam się, że tak szybko wrócę do domu. Cholera!
Kolejna taksówka mija nas bez reakcji. Mam ochotę dać komuś w twarz. Spoglądam na "narzeczonego".
-Gdzie jest mój pierścionek?
Nie odpowiada, mimo że odpowiedź powinna być łatwa.
-Nie wkurzaj mnie już.- Warczy.
Jedzie taksówka. Bez zastanowienia wbiegam na ulicę i podnoszę ręce, jakbym chciała zatrzymać samochód siłą woli. Auto zatrzymuje się z piskiem, klakson przyprawia mnie o ból głowy.
-Oszalała pani! -Krzyczy kierowca, gdy podchodzę do jego szyby.
-Potrzebujemy, aby ktoś nas podwiózł na aleję Cadillac.
-Mam już klienta. -Warczy, zamykając okno.
-Przebiję jego kwotę dwukrotnie.
-Śpieszę się.
-Trzykrotnie. -Upieram się.
Taksówkarz kręci z niedowierzaniem głową.
-Wsiadaj.
Macham na Aureliusza, który zaskoczony wsiada na tylne siedzenie. Siadam koło niego i zapinam pasy, które gniotą moją miodową sukienkę. Kierowca zerka pytająco na mnie w lusterku.
-Aleja Cadillac 114. -Powtarzam dokładniej.
Taksówkarz włącza licznik i ruszamy. Aureliusz stara się złapać mnie w pasie, ale zwinnie omijam jego gesty. Podróż ciągnie się w nieskończoność, aż w końcu samochód zatrzymuje się przed ogromnym domem. Zerkam na Aurela, który chwyta za klamkę.
-Trzeba zapłacić. -Przypominam z naciskiem.
Chłopak wzdycha i wyciąga portfel. Szybko daje wymierzoną kwotę, co do grosza, a następnie wysiada z samochodu. Czekam, aż otworzy mi on moje drzwi, ale on jedynie stoi przy swoich.
-Pani nie wychodzi? -Dziwi się kierowca.
-Czekam, aż ten idiota otworzy mi drzwi. -Warczę, zerkając przez szybę na narzeczonego.
Żadne z nas nie rusza się z miejsca, aż w końcu zdenerwowany kierowca wyskakuje z taksówki i otwiera mi drzwi.
-Dziękuję. -Kiwam z uśmiechem na kierowcę.
Daję mu napiwek i zerkam wilkiem na Aurela.
-Pieprzoni gentelmeni. -Warczy taksówkarz w stronę Aurela.
Narzeczony prycha i idzie do domu. Idę za nim wkurzona.
-Posłuchaj, zero pytań do osób, które tam zobaczysz.
-Dlaczego?
Zerka tylko na mnie i daje buziaka w policzek, a następnie otwiera duże brązowe drzwi.
-Zero pytań.
Wchodzimy do środka.

wtorek, 24 marca 2015

Roza #11

Odsuwamy się od siebie i bez słowa idziemy na odprawę. Nie potrafię przestać myśleć o pocałunku. Nie był prawdziwy, a raczej wymuszony. Czy pocałował mnie, aby pochwalić się przed tłumem, że jestem jego? Jak długo się znamy? Kręcę głową, aby wyrzucić z głowy wszelkie zwątpienia. Tylko przesadzam. Tak, to na pewno to. On mnie nie okłamie, jestem jego ukochaną. Wciąż pamiętam, że połączyło mnie z nim silne uczucie. Spoglądam na niego. Jest równie zamyślony jak ja.
-O czym myślisz? –Szepczę, gdy wsiadamy na pokład samolotu pasażerskiego.
-O tobie. –Mówi bez wahania.
W sercu robi mi się cieplej, na dłoniach pojawiają się dreszcze. Nie odzywamy się słowem, póki nie siadamy na swoich miejscach w pierwszej klasie. Fotele są obszyte czerwonym materiałem.
-Mogę ci zadać pytanie?
Jego mina mówi sama za siebie. Zamykam się, on już ma dość moich pytań.
-Kieliszka szampana?
Niska stewardesa pochyla się nade mną ze srebrną tacą, na której stoi kilka szampanów. Nagle obraz znika, a na jego miejscu pojawia się niska blondynka. Zerkam w prawo. Na fotelu nie siedzi Aureliusz, a starszy mężczyzna w czarnym garniturze. Ma siwą brodę i włosy. Spogląda na mnie uśmiechnięty, jest odprężony. Nagle jego mina się zmienia, jest przestraszony, bliski zawału. Jego twarz jest czerwona. Nagle pojawia się na niej krew. Krzyczę głośno, a mężczyzna nie wstaje i tuli mnie. Krzyczę jeszcze głośniej, szarpiąc się.
-Puść mnie!
-Uspokój się, Roza. To ja! Nic ci się nie dzieje!
Na dźwięk tego zdrobnienia trzęsę się mocniej, a głos zamiera w gardle w postaci ogromnej kuli. Czuję się jakbym połknęła piłkę golfową. Moim ciałem wstrząsa szloch.
-Rozalio, to tylko ja. Aurel. Jesteś ze mną!
Znam tego starszego mężczyznę. Nie wiem, skąd. Ale znam go bardzo dobrze. Był ze mną w samolocie, jestem tego pewna. Muszę się dowiedzieć, nie od Aureliusza. On nic mi nie powie.
-Przepraszam, to tylko moja wyobraźnia… -Kłamię.
Najwyraźniej mi uwierzył, bo uśmiecha się łagodnie i siada na miejsce. Już sama niczego nie rozumiem. Jeżeli Aureliusz jest moim przyszłym mężem, to dlaczego nic mi nie mówi?
-Jak długo się znamy?
Nic. Ani słowa. Jedynie woła stewardesę, a następnie prosi o dwa szampany.
-Napij się, to pomoże.
-Nie odpowiedziałeś. –Warczę oskarżycielsko.
-Znamy się… pół roku. Zakochaliśmy się w sobie… od… pierwszego spojrzenia.
Kłamie. Czuję to, mój wewnętrzny instynkt czuje się oburzony. Postanawiam mu się poddać.
-Kłamiesz. Jak mnie poznałeś.
-Już powiedziałem, że w hotelu… -Szepcze znużony. Na jego czole pojawiają się kropelki potu.
-Kiedy?
Nie odzywa się. Kłamie, nie zna mnie. Rozprawię się z nim w jego mieszkaniu, tutaj nie będę robiła awantury, chociaż wiem, że przydałoby mu się to.

wtorek, 17 marca 2015

Roza #10

-W jakim kraju jesteśmy?
-We Francji. Paryż. Moglibyśmy już iść?
Wychodzę posłusznie z samochodu i idę za narzeczonym. Plączą mi się nogi o długą sukienkę do kostek. Jest prześliczna, w miodowym kolorze. Aureliusz kupił mi ją przed przyjazdem do szpitalu. Już dawno nie czułam się tak dziwnie. Czy ktokolwiek kiedyś kupił mi sukienkę? Jaka byłam przedtem? To tak jakbym poznawała obcą mi osobę. Ciężej będzie, gdy spotkam osobę, którą muszę znać. Co wtedy zrobię? Wytłumaczenie się wypadkiem nie załatwi sprawy, ludzie kochają taki zwrot akcji. Ktoś w końcu wykorzysta mój uszczerbek w pamięci, nie wiem kiedy, ale na pewno tak się stanie. Idę za Aurelem jak jakaś służąca, nie odzywając się ani słowem. Nie pasuje mi to, wolałabym, abym to ja go prowadziła.
-Przepraszam, mogę poprosić o autograf?!
Zszokowana mała Francuzka trzyma kartkę i długopis w ręce. Niedowierzanie w jej oczach poprawia mi humor.
-Jak się nazywasz? –Pytam, odbierając od niej kartkę.
-Nie po tej stronie… -Szepcze, wyciągając rękę do kartki w mojej ręce. Rozmyśla się jednak i cofa ją zawstydzona.
Odwracam małą kartkę, która okazuje się być zdjęciem modelki. Stoi dumnie przy pół nagim mężczyznie. Ma na sobie czerwoną sukienkę z wyciętymi miejscami w okolicach brzucha oraz dekoltu. Sukienka jest długa do ziemi, a widać, że na dodatek stoi na obcasach. Ma sztuczne rzęsy, pełny makijaż – czerwoną szminkę oraz złoty cień do powiek. Ma rozchylone wargi, opiera się o mężczyznę, który trzyma ją pewnie w pasie. Jej rude włosy opadają na lewe ramię. Wygląda ślicznie.
-Jak się nazywasz? –Powtarzam się.
-Eveline.
Podpisuję szybko zdjęcie i oddaje je dziewczynce. Wniebowzięta biegnie do swoich rodziców. Uśmiecham się i szukam wzrokiem Aurela. Patrzy na mnie rozbawiony i gestem pokazuje, że nie mamy czasu na wygłupy. Podbiegam do niego na kilkucentymetrowych szpilkach.
-Ja ją rozumiałam. Skąd znam francuski?
Narzeczony nie odzywa się. Może sądzi, że to akurat powinnam wiedzieć? Nie, to musi być coś innego.
-Jakie języki znam? –Zmieniam pytanie.
Proszę, niech odpowie. Niech udowodni, że mnie zna na tyle, abym ja z powrotem poznała siebie. On jednak nie odzywa się, a jedynie odwraca się do mnie i całuje mnie. Tonę w pocałunku, nie potrafię się od niego oderwać. Jeżeli jestem sławna musiałam poznać wiele języków. Francuski to prześliczny język, więc nauczyłam się go pewnie jako pierwszy. Czuję się jak idiotka, to przecież powinno być oczywiste.

wtorek, 10 marca 2015

Roza #9

Siedzę w ciemnym Volkswagenie w drodze na samolot. Wciąż niewiele pamiętam, ale Aureliusz mi pomaga, więc jest dobrze. Już dawno nie czułam się tak spokojnie.
-Za niedługo będziemy na lotnisku.
-Mogę zadać ci pytanie?
Odzywamy się w tym samym czasie. Chichoczę cicho, rozbawiona tym incydentem.
-Słodko się śmiejesz…
-Dziękuję. Ile leci się z Paryża do Los Angeles?
-Około 17 godzin. Prześpisz się w tym czasie.
-Jak się poznaliśmy? –Szepczę zaciekawiona.
-W hotelu. Zająłem twój pokój, ale zanim wyszedłem zemdlałaś. Nie mogłem cię tak zostawić.
Uśmiecham się, wyobrażając sobie całą sytuację.
-W co byłam ubrana?
Aureliusz zerka na mnie przez lusterko. Uśmiecham się, a on z powrotem patrzy na drogę. Jego uśmiech jest olśniewający.
-W czerwoną, prześliczną sukienkę do kostek. Nie wiem, skąd ją miałaś. Może dostałaś, może kupiłaś.
-Jestem bogata? –Pytam podekscytowana.
-Bardzo, możliwe, że nawet bardziej niż ja! –Śmieje się.
Wtóruję mu, spoglądając na jego dłoń, która leży swobodnie na drążku do zmiany biegu. Na jego palcu serdecznym nie ma pierścionka, który tłumaczyłby kwestię naszego narzeczeństwa. Ignoruję to. Może stwierdził, że mężczyzna nie potrzebuje dowodu, że oświadczył się kobiecie. Obracam się do niego przodem i pochylam powoli, ale on nie zwraca na to najmniejszej uwagi.
-Jak mi się oświadczyłeś?
Mój piskliwy głos powoduje, że na policzkach lądują mi rumieńce. Czy zawsze brzmiałam tak niedorzecznie? Na czole Aurela pojawiają się kropelki potu, a palce nerwowo stukają kierownice.
-Porozmawiamy o tym później, dobrze?
-Dlaczego? –Smucę się.
Chcę wiedzieć, jak między nami się wszystko zaczęło. Chciałabym poczuć się tak samo, jak tego dnia, gdy poprosił mnie o rękę, a jak mam to sobie wspominać, gdy nawet nie pamiętam, co się wtedy wydarzyło. Do oczu napływają mi łzy, a kolejna fala goryczy zalewa moje myśli.
-Jesteśmy na lotnisku.
Jego oczy spoglądają na mnie, a jego boski uśmiech zanika. Nie reaguje, jedynie patrzy i czeka na mój krok, ale ja tylko prostuję się i odwracam się w stronę lotniska. Elegancki budynek ze szklanymi drzwiami oraz białym napisem Orly Sud.

piątek, 6 marca 2015

Roza #8

Sufit widzę jak za mgłą. Nie wiem, co o tym myśleć. Utraciłam wspomnienia, marzenia. Utraciłam sens wszystkiego. Potrzebuję informacji, natychmiast.
-Doktorze. –Jęczę bezradnie. –Powiedz mi. Wszystko, co o mnie wiesz. Błagam…
Słyszę jak wzdycha, jak drapie się po skórze. Nie zamierzam się ruszyć, nawet nie zamierzam wycierać łez, przez które pieką mnie oczy. Oddycham głęboko przez otwarte usta, starając uspokoić się. Tak, to dobry pomysł – uspokoję się, a potem zacznę się nad wszystkim zastanawiać. Skupiam się na równym oddechu doktora, a następnie wsłuchuję się w jego powolną i łagodną mowę.
-Nazywasz się Rozalia Rozwita Rain. Od dzieciństwa pracujesz jako fotomodelka. Nie masz mieszkania, mieszkasz tam, gdzie akurat masz sesję. Masz siostrę, ojca oraz narzeczonego.
-Narzeczonego? –Szepczę.
-Tak. Nazywa się Aureliusz Dorne. Ustaliliśmy, że jest młodszy od Ciebie o rok. Mieszka aktualnie w Los Angeles. Zadzwonił wczoraj na Twój telefon, mówiąc, że kazałaś mu zadzwonić. Siedzi w poczekalni. Zawołać go?
Jego głos jest rzeczowy, nie słychać w nim emocji. Imię chłopaka coś mi przypomina, jakieś przyjemne uczucie, które opanowało nagle moje ciało, ale nie potrafię sprecyzować, co to za uczucie. To drażniące czuć, ale nie wiedzieć, o co chodzi. Zwłaszcza, jeśli chodzi o wspomnienia. Postanawiam, że mu zaufam, nie mam innego wyboru. Może Aureliusz mi pomoże.
-Jakby doktor mógł.
Słyszę jak krzesło, na którym prawdopodobnie siedział lekarz skrzypi cicho, a następnie kroki zakłócają panującą w pomieszczeniu ciszę. Pisk drzwi, a następnie wołanie mojego rzekomego narzeczonego paraliżuje mnie. Czego mam się spodziewać?
-Roza.
Jego głos otula moje uszy. Wzdycham cicho, modląc się, aby tego nie usłyszał. Słyszę kroki w stronę łóżka, a następnie skrzypienie krzesła. Chłopak chwyta mój nadgarstek. Motylki w brzuchu chyba urządziły sobie lambadę.
-Możesz spojrzeć na mnie?
-Zbyt boli… -Krzywię się.
Krzesło skrzypi, a następnie twarz Aurela pojawia się nad moją. Jego prześliczne błękitne oczy oglądają mnie jak malarz, zamierzający uwiecznić pejzaż. Uśmiecham się delikatnie. Poznaję go. Nie wiem, jak, gdzie, ani kiedy, ale wiem, że doznałam przy nim potężnego uczucia.
-Wytłumaczysz mi wszystko? –Proszę.
-Straciłaś pamięć.
-To wiem. –Jęczę zirytowana. –Ale kim jesteś.
Chłopak nie odzywa się. Jest przystojny, ma prosty, troszkę zbyt duży nos, pełne usta oraz czarne włosy, średniej długości. Jedyne, czego teraz chcę to to, aby mnie pocałował.
-Ja… Jestem Twoim narzeczonym. I zabiorę cię teraz do domu.
-Doktor powiedział, że nie mam domu, że mieszkam tam, gdzie akurat mam sesję. –Recytuję niepewna lekarza.
-Ale ja chcę, abyś zamieszkała ze mną.
Chłopak nie czeka na odpowiedź, a jedynie pochyla i całuje mnie. Moje wargi płoną, oddech przyśpiesza. Zapominam o przeszłości, o pytaniach, które chciałabym zadać. Nie planuję przyszłości, ani nie wyobrażam sobie, co będę robić jutro. Jestem. Tu i teraz. A ze mną Aureliusz, który całuje mnie, lepiej niż bym potrafiła sobie to przypomnieć. Nasze języki tańczą w wspólnym tańcu, a jego palce wplątują się w moje włosy. Jego palce delikatnie głaszczą mój policzek. Przechodzą mnie dreszcze. Wierzę mu, on nie mógłby mnie okłamać.

środa, 4 marca 2015

Roza #7

Budzę się, ale wokół mnie wciąż panuje ciemność. Nie czuję nic oprócz okropnego bólu całych pleców. Nie potrafię poruszyć nawet palcami obydwóch rąk. Jest mi zimno, jakbym przebywała w chłodni. Przerażająca myśl o tym, że prawdopodobnie leżę w kostnicy wstrzymuje mój oddech. Do oczu napływają mi łzy, a głowa zaczyna kłóć tak samo jak plecy.
-Obudziła się?
Męski głos zagłusza moje myśli. Modlę się, aby mówił o mnie, ale przecież nie pytałby się o takie rzeczy w kostnicy. Serce ponownie bije w normalnym tempie, a ja otwieram oczy, ale wciąż widzę czerń. Paraliżuje mnie strach. Oddycham płytko i nierówno. Słyszę kroki w moją stronę, a następnie ktoś przykłada coś zimnego do mojej szyi. Odchylam szyję, czekając, aż dreszcze znikną.
-Żyje, jest przytomna oraz przerażona.
-Gdzie jestem…?
Jestem aż tak przerażona, że ruszam tylko ustami. Proszę, niech zauważą, że staram się coś powiedzieć… Ktoś dotyka moich kości policzkowych i ściąga czarną chustkę z moich oczu. Mrugam szybko, chcąc przyzwyczaić się do jasnego światła.
-Przepraszam, już to odsuwam…
Światło znika, a oczy od razu przystosowują się do jasności panującej w pokoju. Obracam głowę. Jestem prawdopodobnie w składziku, ale większym, niż składziki powinny być.
-Jak się czujesz?
Niski mężczyzna w kitlu uśmiecha się do mnie, a ja odwzajemniam uśmiech. Każdy milimetr ciała boli niemiłosiernie, ale staram się to zignorować.
-Boli mnie wszystko, doktorze. Jak się tu znalazłam?
-Samolot, którym leciałaś do Paryża rozbił się, a Ty szczęśliwie wyleciałaś przez dziurę i wylądowałaś na jednym z największych budynków kraju. Gdyby nie to, nie zobaczyłabyś już świata żywych.
Ostatnie słowa przyprawiają mnie o drgawki. Staram się jednak skupić na małej koziej bródce lekarza. Podnoszę głowę, jeszcze raz analizując słowa doktora i zastanawiając się, po co leciałam do Paryża.
-Coś nie tak? –Pyta zmartwiony.
-W jakim celu leciałam do Paryża? -Powoli wymawiam każde słowo, jakbym bała się, że doktor mnie nie dosłyszał.
On jedynie mruży oczy, a na jego czole pojawiają trzy zmarszczki. Przygryzam wargę. Powiedziałam coś nie tak?
-Nie wiesz?
-Powinnam wiedzieć?
-Zadam Ci kilka pytań, w porządku?
Kiwam głową, ale wiem, że to był błąd. Bolesne ukłucie w karku rzuca moją głowę o poduszkę. Czekam ze zniecierpliwieniem na pytania.
-Jak się nazywasz?
Otwieram usta, ale nic nie mówię. W głowie czuję pustkę. To uczucie nie jest przyjemne, denerwujące, jakby ktoś wymazał to z moich myśli. Powinnam to wiedzieć, to podstawa życia ludzi – rozpoznają siebie nawzajem dzięki nazwiskom, nadają je sobie od razu po narodzeniu. Tak samo jak nadaje się psu imię, aby pokazać, że zależy nam, by był nasz. Mrugam kilka razy, starając się przeszukać każdą szafkę w mojej głowie, ale wszystkie są puste. Głowa boli mnie, a do oczu napływają mi łzy. Wciąż mam otwarte usta, a wzrokiem krążę po suficie, jakby tam była odpowiedź na pytanie.
-Nie, nie mam zielonego pojęcia, doktorze. –Szepczę, a po policzku leci łza.