-Będzie profesor za nami tęsknił? – Pyta się Patrycja.
Jest żywą podobizną Barbie, bo jeszcze nigdy nie widziałam, aby dziewczyna potrafiła w przeciągu kilku godzin nałożyć na siebie tyle tapety, ale i tak jest o wiele bardziej lubiana niż ja. W sumie to ja nie jestem ani trochę lubiana w tej szkole. Na szczęście jutro skończy się moje życie licealne, więc nie mam co rozpaczać po moim poziomie popularności. Profesor biologii patrzy na uśmiechniętą Barbie i kiwa twierdząco głową. Wiem, że kłamie. Jesteśmy jedyną klasą, która wyrządziła mu aż tyle szkody - zepsuliśmy mu nowe buty, samochód, spodnie, długopis, już nie wspomnę o jego biednych czarnych włosach. Rozmowa Patrycji i profesora ciągnie się do końca lekcji, a po dzwonku wybiega z sali na 10 cm szpilkach. Za nią 3 chłopaków, cwaniaków, którzy kiblowali już z rok, a na końcu ja, profesor i Patryk, wysoki blondyn. Również nie należy do najpopularniejszych, ale go przynajmniej lubią.
-Powodzenia w dalszych szkołach. – Żegna nas profesor i idzie w stronę pokoju nauczycielskiego.
Dla nas to ostatnia lekcja, więc kieruję się do wyjścia. Stojąc na przystanku, wyobrażam sobie jutrzejsze pożegnanie maturzystów. Może Karolina znowu się wygłupi? Albo Dawid zadziwi nas nowym żartem? A co jeśli Marta pochwali się najniższą średnią ze świadectwa lub opowie jakie bezsensownie trudne pytania były na maturze. Ja maturę zdałam śpiewająco, a przynajmniej tak myślę. Skończyłam 10 minut przed końcem czasu, a na świadectwie mam same 5 i 4, więc będę miała świadectwo z paskiem. Uśmiecham się pod nosem. Po co mi popularność, jeżeli moje marzenia dotyczące weterynarii obierają właściwy kurs? Autobus przyjeżdża punktualnie na przystanek, a kilkanaście minut później wchodzę do swojego bloku. Zanim jednak zdążam wejść do windy, czuję jak telefon wibruje mi w kieszeni, więc szybko go wyjmuję i odczytuję wiadomość od mamy: „Nie ma nas w domu, a Karol jest u babci, więc będziemy jutro lub w niedzielę. Buziaczki, mama i Nicolas”. Czy ten dzień nie może być lepszy? Mam puste mieszkanie przez najbliższe kilka dni. Ze szczęścia prawie wskakuję do windy i głupkowato się uśmiecham pod nosem. Humor mi nie mija nawet, gdy wysiadam na 8 piętrze. Od razu snuję plany co do mojego wolnego czasu. Postanawiam, że zaproszę Filipa do siebie. Jest moim najbliższym przyjacielem, a na dodatek mieszka w tym samym wieżowcu i na tym samym piętrze, tylko kilka mieszkań dalej. Staję naprzeciwko jego drzwi i pukam w nie. Nie słyszę odpowiedzi, więc pukam ponownie, a następnie w ostateczności dzwonię dzwonkiem do drzwi. Krzywię się, gdy nie uzyskuję odpowiedzi, ale od razu kręcę głową i idę do mojego mieszkania, które okazuje się być wysprzątane na błysk. Uśmiecham się pod nosem i okładam plecak, ściągając przy tym buty. Od razu włączam radio i idę do pokoju. Przy akompaniamencie Pharrella Williama wyciągam książki z torby i chowam je do biurka. Nagle słyszę gruchanie gołębia. Przechodzi mnie dreszcz po plecach. Pozostawiam moje rzeczy i ruszam w stronę usłyszanego dźwięku. W salonie znajduję śnieżnobiałego gołębia z błękitnymi oczami. Patrzy prosto na mnie, a mnie ponownie przechodzi dreszcz. W jego oczach jest coś… ludzkiego. Kręcę głową, aby przywołać się do porządku i sięgam po bluzę, która leży na sofie. Zarzucam ją na ptaka, ale on zdąża odskoczyć w bok. Próbuję jeszcze kilka razy, ale kończy się to klęską.
-Sio! – Krzyczę bezsensu na gołębia, ale on nie reaguje.
W końcu nie wytrzymuję i siadam na sofie, obserwując małe stworzenie, które wędruje przez mój salon. Wychodzi z niego, a ja wstaję i idę za nim, ale gubię go, więc zaczynam szukać go po całym domu.
-Cip-cip – Próbuję go zwabić, ale ponownie bez skutku. – Spróbuj tylko mi nabałaganić w domu, a pożałujesz…
-A w jaki sposób? –Słyszę męski głos.
Chcielibyście więcej ;) ?
